In

Chustowe-love.




Może nie jestem zakochana w chustach na tyle, by kupować je w różnych kolorach, rozmiarach itp... a może to kwestia oszczędności...jednak uwielbiam tą moją, jedyną i najlepszą. Spokojnie starcza mi ta moja Bebina. 

Wszystko zaczęło się 1 stycznia. Byłam już w ciąży ( mimo, że o tym nie wiedziałam). Inwentaryzacja w pracy dobiegła końca i spokojnym krokiem wracałam do domu. Rozmyślałam o życiu, o moim małżeństwie i dziecku... Minęła mnie Pani, niosąca w chuście dziecko. Pani ta, e jednej ręce trzymała telefon przez który rozmawiała, w drugiej reklamówkę z zakupami. Pomyślałam : " Wow! Super. Dziecko na spacerze, blisko mamy, mama poklacha z przyjaciółką, zakupy zrobi. Czad.".Wcześniej nie spotkałam się z tym zjawiskiem. Wiedziałam, że są nosidła ale o chustach właściwie nie wiedziałam nic. Kojarzyłam je głównie z afrykańskimi kobietami... Zresztą nie tylko ja, bo kiedy zawitał do nas ksiądz po kolędzie i zobaczył Antka w chuście, powiedział, że czuje się jak w Afryce. Bardzo podobał mi się ten trend.
Tak się zaczęło, od owej kobiety.. Kilka dni później, Antek dał o sobie znać. Wizyta u lekarza, potwierdzona ciąża i plany jak będzie wyglądało nasze nowe życie. Początkowo myślałam o przyziemnych rzeczach, łóżeczko, pieluszki, ubranka, wanienka. Chusta zupełnie wyleciała mi z głowy.
Kiedy Antek przyszedł na świat, w prezencie dostaliśmy nosidło. Po głębszej analizie i zapoznaniu się z fachową wiedzą na temat właściwej pozycji dziecka, zrozumiałam, że otrzymane nosidło jest tak zwanym wisiadłem.  Na Tulę, było za wcześnie, bo Antek miał 2 miesiące to raz, a dwa to był jednak drogi wydatek, więc fundusze trzeba było zacząć zbierać. Wtedy olśniło mnie, że przecież jest taki wynalazek jak chusta. Kupiłam, zostałam poinstruowana jak motać i zakochałam się na amen. 
Ząbkowanie, problemy z brzuszkiem, nie były mi straszne. Motanie pomagało niemal na wszytko.  Nie chciałam szczególnie przesadzać z noszeniem, robiłam to gdy zachodziła taka potrzeba.  Jednak był taki okres, kiedy chusta była używana kilka razy dziennie. Dzięki niej odważyłam się na pierwsze podróże autobusem z Antkiem, na spacery bez wózka, na prasowanie z dzieckiem na plecach. Moja codzienność stała się prostsza, a syn miał zaspakajane wszelkie potrzeby bliskości.
W naszym życiu pojawiła się również Tula. Przeżyłam małą fascynację tym nosidłem, jednak szybko minęła i aktualnie nie mam jej już w posiadaniu. Została sprzedana. 
Jak dla mnie chusta wygrywa nad nosidłem tym, że nosimy w niej od narodzin. Nie ukrywam, że okres pierwszych 6 miesięcy był czasem kiedy najintensywniej nosiłam Antka. Teraz robię to sporadycznie, w chwilach kryzysu, chorób, płaczliwych dni. 
Przy drugim dziecku, zacznę jej używać dużo wcześniej niż przy Anteczku.
Zdaję sobie sprawę, że bez chusty da się żyć. Jednak dla mnie było to duże ułatwienie  i wygoda.
Taka 0ceanna- Afrykanka. ;D












Polecane posty

14 komentarze:

  1. Przy drugim dziecku zacznę chustowanie jak najwcześniej. Wiem, że będzie to ogromna ulga dla moich już nadwyrężonych pleców...
    Basia bardzo lubiła być w chuście, ale od kiedy chodzi - nie mamy na to czasu. Dla mnie chusta zdecydowanie do pierwszych urodzin ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przy drugim dziecku, zacznę od pierwszych dni ;) Do pierwszych urodzin hmm.. u mnie nie ;) Choć na spacery już nie wyjdę z takim dużym Antkiem, to jednak w domu, w kryzysie, kiedy chce się tulić, a ja muszę zrobić obiad i inne cuda wianki, to owszem chustuję jeszcze ;)

      Usuń
  2. Zawsze jak widziałam dziecko w chuście, myślałam jak można w czymś takim nosić dziecko... A teraz sama noszę i nie wyobrażam sobie życia bez naszej chustki <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatnie zdjęcie tooo... Wisła! Prawda?
    Ułatwienie i wygoda, to najważniejsza wartość jaką niesie chusta dla mam. Żałuję, że dowiedziałam się o niej tak późno, że w zasadzie pierwsze dziecko nie miało okazji skorzystać z jej dobrodziejstw. Drugi maluszek motany od początku, z uwagi na problemy bioderkowe mieliśmy jedną zaleconą pozycję do noszenia. Czułam się świetnie mogąc wyjść na spacer bez wózka, do sklepu, do przedszkola ze starszym dzieckiem, do autobusu gdy była taka potrzeba, jadąc na wycieczkę, uczelnię samochodem bez potrzeby zabierania wózka. Niestety nie powiem nigdy że to ulga dla pleców, w moim przypadku raczej obciążenie ale i tak warto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak to Wisła ;)
      Pięknie to opisałaś ;)

      Usuń
  4. Mam 2 chusty, wiazana i kolkowa, chustonoszenie to niesmowita sprawa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kółkowa mnie jeszcze kusiła... ale teraz już mi jest zbędna ;)

      Usuń
  5. Ja męczyłam się bez chusty, bo wydawało mi się, że motanie jest bardzo trudne.. Gdy maluch zaczął siadać kupiliśmy Tulę i zakochaliśmy się w niej bezgranicznie:) Żałuję, że wcześniej nie skorzystałam z chusty, bo wiem jak nosidło ułatwiło mi życie, więc pewnie z chustą byłoby podobnie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy kolejnym, będziemy mądrzejsze i chusta pójdzie w ruch znacznie wcześniej ;D

      Usuń
  6. My też mamy jedną chustę :) Uratowała mi życie, jak Różyczka była mała (a to jest maluch z typu nieodkładalnych) :) Patrzę, że umiesz wiązać ją na plecach - ja muszę się tego nauczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiążę Antka od pół roku na plecach ;) To dla mnie wygoda, bo już jest małym klocuszkiem ;)

      Usuń
  7. chustowanie jest świetne :) z synkiem szybko zaczniemy się motać. córę nosiłam tylko w tuli, ale wszystko nadrobimy.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dla mnie chusta to... (nie nie będzie litanii zachwytów) ... czasem najpraktyczniejsze rozwiązanie. Ale ogólnie fajna sprawa. ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz i zapraszam ponownie w moje skromne progi ;) ;)

Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć i tekstu, przetwarzanie (w całości lub części)bez mojej zgody. Obsługiwane przez usługę Blogger.

POLECAM