In MACIERZYŃSTWO

21.11.2016 Maria Zofia.


Pierwszy skurcz nie pozwalający zasnąć i ta myśl " że to już".  Świadomość tego co czeka mnie za kilka godzin wywołała ogromny lęk i strach przed bólem, ciężkimi godzinami, bezsilnością. Sprawy jednak potoczyły się inaczej i poród ten okazał się być cudownym, błyskawicznym przeżyciem. 

Pierwsze mocniejsze skurcze poczułam po 3 w nocy, jednak z racji iż odczuwałam je już ( trochę słabsze) kilka dni temu, postanowiłam spróbować zasnąć. Po 4 wiedziałam, że zaczęło się na 100%. Telefon do przyjaciela, by zapewnić opiekę Antkowi i o piątej rano zajechaliśmy pod szpital.  Pełni euforii, zostaliśmy jej pozbawieni, słysząc, że rozwarcie jest bez zmian takie samo jak i tydzień temu, a podłe KTG uznawało moje skurcze za  marne. Z racji pozytywnego GBSa postanowiono mnie zostawić jednak na oddziale, gdzie mieliśmy czekać za rozwój akcji. Tam też wszystko się zaczęło.
Godzina 7.30 na zegarku i skurcz taki, że doskonale wiedzieliśmy, że nie ma mowy o fałszywym alarmie. Od tej pory wszystko toczyło się w ekspresowym tempie. Wspaniała położna, która swoją osobą przeprowadziła mnie przez poród tak, iż nie był on dla mnie traumą, a "przyjemnością" zasługuję na medal, pomnik i pokłony z mojej strony dożywotnie. Nie zostałam rzucona na fotel, gdzie miałam się zwijać z bólu przez cały czas, a byłam aktywna i robiłam to, na co miałam ochotę, co pozwalało mi się zregenerować, nabrać siły czy też w sposób dla mnie odpowiedni przeżyć owy ból. Prawdę mówiąc na fotelu strike leżałam tylko przy parciu  i przy badaniach rozwarcia. Skakałam na piłce, chodziłam, kucałam, klęczałam... nie chciałam położyć się na fotelu za żadne skarby ;).
10.22 usłyszeliśmy jej płacz, zobaczyliśmy jej wilgotne, małe ciałko. Usłyszeliśmy magiczne 10/10, a łzy wzruszenia odebrały nam mowę.
Odetchnęliśmy z ulgą, że po tak problematycznej ciąży, Marysia urodziła się cała i zdrowa... Tego dnia, nawet kpiliśmy, że po co tak się badać w ciąży, skoro po tylu złych prognozach, dziecko urodziło się i tak w pełni zdrowe.
Szczęście jednak nie trwało długo, bo już następnego dnia, okazało się, że lekarze mieli rację i nasze wcześniejsze problemy nie były błahe. Silna żółtaczka w pierwszej dobie była początkiem zapowiedzi konsekwencji konfliktu serologicznego i obecności w mojej krwi przeciwciał. Żółtaczkę zbijaliśmy do w miarę bezpiecznego poziomu 5 dni, a w międzyczasie pojawił się problem anemii. Hemoglobina i hematokryt leciały w dół z dnia na dzień, doszły szmery na sercu charakterystyczne przy anemii. Sytuacja nie wyglądała za dobrze, a mnie z każdą kolejną informacją dopadała coraz większa depresja. Tęsknota za Antkiem, strach o Marysię, zmęczenie po porodzie. Kiedy pełna nadziei czekałam na dobre wiadomości, usłyszałam, że niestety tu w szpitalu nie są nam w stanie pomóc i musimy jechać do kolejnego. Marysia pojechała tam karetką, ja wykorzystałam dane mi  "wolne dwie godziny" i pojechałam na szybko spotkać się z Antosiem oraz dopakować swoje rzeczy. Ciężkie to były godziny, bo widząc tęskniącego Antosia rozbiłam się psychicznie jeszcze bardziej. Ciężko było mi się pozbierać po tym krótkim spotkaniu.  Drugi szpital przyprawił mnie o dreszcze. Jakby nie patrzeć w szpitalu gdzie rodziłam opiekę miała Marysia i Ja. Warunki były ok, miałam pomoc w pielęgniarkach przy dziecku. Tutaj dostałam łóżko polowe i na tym mogłabym zakończyć wymienianie owych luksusów. Radź sobie człowieku. Nie chciałam narzekać, bo tu nie o mnie, a o Marysie chodziło, jednak swoje wypłakałam i nad swoim losem. Mniejsza jednak teraz ze mną.
W środę (10 dni po porodzie) wyniki krwi Marysi okazały się być złe. Hemoglobina 2 poziomy niżej oznaczałaby zagrożenie życia. Decyzja o transfuzji krwi okazała się być konieczna i jeszcze tego samego dnia, wieczorem Marysia dostała 45ml krwi. Poprawa była widoczna już następnego dnia . Mania, ożyła, była mniej ospała, nabrała kolorów. Ja jednak bałam się wierzyć, że koszmar się kończy, bo bałam się kolejnego rozczarowania i słów " niestety nie możecie iść do domu". W piątek jej wyniki poprawiły się szalenie. Wszystko wyszło wzorowo i wreszcie mogliśmy wrócić do domu. Ach co to była za radość, co to było za szczęście. Płakałam i śmiałam się na całego. Nie mogłam uwierzyć, że daliśmy radę,  że najgorsze już za nami. Oczami wyobraźni widziałam już pierwsze spotkanie dzieci, Marysię w swoim łóżeczku, nasz pierwszy wspólny wieczór, pełne miłości spojrzenia i uśmiechy.
Jednak, to jak było tego pierwszego naszego wspólnego dnia, dowiecie się innym razem.
Teraz uciekam do nich, do tej mojej Trójki Wspaniałej.
Dobrej nocy!  ;*

Polecane posty

18 komentarze:

  1. najważniejsze, że te trudne chwile za Wami. Teraz niech będzie z każdym dniem coraz lepiej, w domku, wśród bliskich :) Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  2. hej, nie dostawałas antybiotyku w czasie porodu skoro masz paciorkowaca w drogach rodnych?pozdrawiam asia

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się że u was skończyło się wszystko dobrze ��

    OdpowiedzUsuń
  4. To musiało być bardzo trudne przeżycie, nawet nie chce sobie wyobrażać i mam nadzieję że nie będę musiała. Ale dobrze, że udało wam się przetrwać i że córeczka czuję się już lepiej i możecie być wszyscy w domu. Cieszę się że to już za wami i oby teraz wszystko było coraz lepiej ;) gratuluję córci i życzę wam wszystkiego najlepszego :) mam nadzieję że u mnie przy narodzinach małej obędzie się bez komplikacji... http://mamakarolina.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Moje drugie dzieciątko też serwowało nam różne przygody od urodzenia. Do tego starszaczek, który zaraża małe w połowie m-ca życia, i powracamy do szpitala na wiele długich dni... Czasem te początki są cholernie trudne, czasem nic nie układa się po naszej myśli.
    Tak to wygląda w szpitalach, jednak w drugim już nie byłyście pacjentkami obie, tylko Marysia, a Ty - opiekunem, osobą towarzyszącą, takie realia jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało.. To wszystko pozostawia wiele do życzenia...
    Życzę Wam dużo siły, i równowagi.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratulacje....teraz juz tylko może być dobrze i normalnie....ciesz sie rodzinką bo tworzycie ja wspaniałą

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluje. Jest sliczna. Doskonale wiem co oznacza tesknota I rozdarcie za drugim dzieckiem. Teraz mozecie sie cieszyc wszyscy razem. Samych spokojnych dni!

    OdpowiedzUsuń
  8. Kochana! Jak ja się cieszę, że jesteście w domu całe i zdrowe! Nie było dnia ostatnio, żebym o Was nie myślała. Kamień z serca:) Cieszcie się sobą i odpoczywajcie. I już błagam - nie ruszajcie się z DOMU:) Zasłużyłyście, by trochę w nim pomieszkać:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Wielkie gratulacje ! czekam na kolejną relację :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz i zapraszam ponownie w moje skromne progi ;) ;)

Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć i tekstu, przetwarzanie (w całości lub części)bez mojej zgody. Obsługiwane przez usługę Blogger.

POLECAM